ZNAJDŹ SOBIE FOBIĘ

fot. Sylwia Woronowicz

 PORTALWIEDZY.ONET.PL

„Znajdź sobie fobię.”

Jest ich ponad dwieście. Prawdopodobnie wielu z nas w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że jest posiadaczem jednej z nich. Bo czy lęk przed żabami nazywamy na co dzień batrachofobią? Uczucie, które pojawia się jako reakcja na czynnik wywołujący fobię, ciężko porównać do zwykłego strachu. To raczej atak paniki. Przyspieszone bicie serca, zawroty głowy, poczucie utraty kontroli nad własnym zachowaniem, paraliż ciała lub irracjonalna ucieczka. Sama doświadczyłam go wiele razy, a taką reakcję wywołują u mnie stworzenia, których nazwy nie umiem nawet wymówić na głos, bo samo słowo przyprawia mnie o mdłości. Stan paniki wywołuje we mnie każdy obraz, nie mogę oglądać zdjęć ani filmów, czy „to” jest żywe, czy celuloidowe nie ma żadnego znaczenia. Gdy zasypiam w nowym miejscu, wcześniej muszę odprawić rytuał – zaglądam pod łóżko, przetrzepuję pościel, sprawdzam każdy kąt. Jeśli pokój wygląda na zaniedbany, nie ma szans, żebym w ogóle w nim została. A zasypiam, na wszelki wypadek, z przykrytym całym ciałem (łącznie z głową, co w lecie jest straszliwą udręką), a nuż zechce się temu czemuś wpełznąć na mnie… brr…Tak, mam arachnofobię. Boję się tych obrzydliwych, ruchliwych i włochatych okropieństw, które niestety można spotkać niemalże wszędzie.

Skąd ta panika?

Według specjalistów, fobia to chorobliwy, bezpodstawny i uporczywy lęk przed różnymi określonymi substancjami, sytuacjami, zjawiskami i przedmiotami. Jest oznaką nerwicy. Doznawane uczucie lęku bywa połączone z takimi przykrymi objawami fizjologicznymi, jak silne bicie serca, suchość w ustach, poty. Atak paniki spowodowany fobią może niestety być brzemienny w skutkach, powoduje problemy z ciśnieniem, bezdech, omdlenia, może nawet prowadzić do arytmii i ustania pracy serca.

Naukowcy nie są zgodni co do źródła powstawania fobii. Część z nich wskazuje podłoże genetyczne, inni szukają źródeł w przeżyciach z przeszłości – może więc być lękiem wzbudzonym wskutek urazu psychicznego, choroby, czasem śmierci bliskich. Anna, 30-letnia nauczycielka, jest przekonana, że jej fobia, to efekt wielokrotnych pobytów w szpitalu w dzieciństwie. Cierpi na trypanofobię, paniczny lęk przed zastrzykami. Szczególny strach wzbudza w niej proces pobierania krwi. – Robi mi się słabo na samą myśl. A jeśli jestem zmuszona do takiego zabiegu to robię przedstawienie: jestem kredowobiała, mdleje i zachowuję się jak nieznośny bachor. Od krzyku i łez powstrzymuje mnie po prostu wstyd, ale nad innymi reakcjami ciała nie mogę zapanować, stąd omdlenia. Anna nigdy nie próbowała walczyć z fobią, pogodziła się ze swoim strachem, bo uważa, że można z tym żyć. – Naukowcy twierdzą, że najlepszym lekarstwem na fobie jest przyzwyczajenie się do tego, co wywołuje strach. Dla mnie to absurd! Nie mam żadnej metody na moją fobię. Ryzykując zdrowiem, rezygnuję z jakichkolwiek badań. Co mam innego zrobić?

Jak tłumaczy Sylwia Woronowicz, psycholog i psychoterapeutka warszawskiej Poradni Zdrowia Psychicznego, która specjalizuje się m.in. w problemach dotyczących zaburzeń depresyjnych i lękowych – źródeł fobii możemy jedynie domniemywać. Geneza i mechanizm jej powstawania związany jest z sytuacją trudną, budzącą poważny stres, napięcie, subiektywnie dramatyczną, często umiejscowioną we wczesnym dzieciństwie, kiedy wiele elementów otaczającego świata wydaje się być groźne, nie do ogarnięcia. To napięcie zostaje zracjonalizowane i skanalizowane poprzez połączenie z konkretną sytuacją, obiektem, osobą lub grupą osób, przedmiotem (nazwijmy to „wyzwalaczem”). Ludzki umysł domaga się domknięcia sytuacji, rozsądnego wytłumaczenia i je znajduje, z irracjonalnego czyniąc (pozornie) racjonalne. „Czuję nieprzyjemne napięcie – aha, to lęk, ale przed czym” (zgodnie z zasadą „lepszy diabeł znany niż nieznany”), więc boję się czegoś konkretnego np. pająków, choroby, ciemności. Następnie wielokrotnie powtarzany, udoskonalany lęk ulega uogólnieniu i może być wywołany nawet samą myślą dotyczącą wyzwalacza. Na poziomie świadomym zdajemy sobie oczywiście sprawę z absurdalności naszych lęków, co nie tylko nie łagodzi ich przeżywanie, a wręcz staje się genezą kolejnej fobii: lęku przed lękiem (fobofobii). Cały opisany powyżej proces zachodzi na poziomie nieświadomym i jest jak lawina, którą możemy obserwować, ale nie mamy wpływu na to, w którą stronę się skieruje ani jak będzie rozległa.

Od euofobii do pnigofobii

Podział fobii przeprowadzany jest według rodzaju czynnika prowokującego. Zwykle dzieli się je na społeczną i fobie specyficzne. Fobie związane są często z daną kulturą i mentalnością. Jak pokazuje współczesna psychologia, bać się można wszystkiego, na co tylko znajdzie się łacińska nazwa. Niektórzy borykają się z somniofobią (lęk przed snem – szczególnie liczni wśród dotkniętych nim muszą być ci, którym śnią się koszmary), inni z anemofobią (lęk przed powietrzem – wyjątkowo uprzykrza delikwentowi życie na naszej planecie). Dla wielu ludzi spotkanie z głową kościoła katolickiego wiąże się z dużym stresem, inni krytykują go, nie zgadzając się z jego poglądami. Jest także grupa zdiagnozowanych papofobów. Jednym z najbardziej absurdalnym z lęków jest arachidobutyrofobia, czyli lęk przed masłem orzechowym. Szczególnie popularna wśród Amerykanów, to oni przecież wyjątkowo lubują się w kanapkach z tym przysmakiem. Osoby dotknięte tym rodzajem fobii, obawiają się sytuacji, w której masło orzechowe przyklei im się do podniebienia.

Amerykanie zresztą, wydają się być nacją bardzo podatną na fobie. Według opublikowanego pod koniec 2008 roku raportu „Archives of General Psychiatry” niemal co piąty młody (19-25 lat) Amerykanin cierpi na skłonności typowe dla zaburzeń osobowości, z czego 16% stanowią właśnie różnego rodzaju fobie. W Polsce trudno aż tak dokładnie określić procent chorujących, większość z nich kryje się bowiem z tą przypadłością i nie chce się leczyć. Fobicy uważają, że to co ich gnębi jest równie wstydliwe jak wizyta u psychologa.

Sprawdź jaką masz fobię
Niektóre fobie mają swoje okresy świetności, później zaś stają się śmieszne. Zazwyczaj proces ten związany jest z rozwojem nauki. Tak było w przypadku tafefobii. Perspektywa bycia pogrzebanym żywcem jeszcze w XIX wieku była dość realna. Wtedy właśnie nastąpił prawdziwy wysyp tafefobów. Dzięki temu lękowi wielu wynalazców mogło popisać się inwencją. Powstawały tak zwane bezpieczne trumny, wyposażone w wymyślne mechanizmy umożliwiające wydostanie się z zamknięcia, lub przynajmniej zaalarmowanie otoczenia.

Z przekazów historycznych wiadomo, że słynnym tafefobem był między innymi prezydent USA, Jerzy Waszyngton, który polecił swoim bliskim, aby z jego ciała nie składać do grobu wcześniej niż po trzech dniach od śmierci. Z końcem XIX wieku pomyłki w stwierdzaniu zgonu stawały się coraz rzadsze, więc i bojących się pogrzebu za życia jest coraz mniej. Aby poznać stan umysłu tafefoba wystarczy jednak sięgnąć po opowiadanie Edgara Allana Poe pod tytułem „Przedwczesny pogrzeb”.
Niestety, żyjemy w takich czasach, że zarazki mutują równie szybko, jak mnożą się nowe technologie, i tak też jest z fobiami. Potencjalne źródła strachu czają się więc za każdym rogiem. Zabawny obraz nowych lęków przedstawił w książce „Spokojnie, to tylko fobia! Summa wszystkich strachów” Tim Lihoreau. Sam autor twierdzi, że cierpi na fronsofobię (strach przed parzeniem herbaty na spotkaniach rodzinnych), ceterinfanofobię (strach przed cudzymi dziećmi), calvofobię (obawa przed kompletnym wyłysieniem) oraz nimitempofobię (strach przed powtarzaniem się). Opisał ponad 200, mniej lub bardziej dziwnych lęków, w większości niesklasyfikowanych dotąd przez psychologów, a będących bolesnym odbiciem naszych czasów (jak np. perdetofobia czyli lęk przed niezapisaniem pliku, pisząca te słowa zaczyna się właśnie zastanawiać, czy aby przypadkiem na nią nie cierpi). I o ile jego opracowanie można traktować z przymrużeniem oka, tak odpowiedź na pytanie: „Czy jeszcze 20 lat temu ktokolwiek z nas mógłby odczuwać lęk przed wirusem HIV?” jest dość prosta.

Dla każdego coś miłego, chciałoby się powiedzieć. Tyle fobii, ilu bojących się? Czy raczej tyle rodzajów strachu, ilu zajmujących się jego badaniem psychologów? Jakiś czas temu szkocka grupa muzyczna Arab Strap wydała album pod tytułem „Philophobia”, który miał oznaczać „Lęk przed miłością”. Parafrazując kreatywność Szkotów można powiedzieć, że współczesne społeczeństwo dotyka „Phobiofilia” – swoista miłość lęków.

Fobia nie wybiera
Od stanów lękowych nie są wolni słynni tego świata. Niektóre z ich fobii są zupełnie uzasadnione. Na przykład Colin Farrell obawia się śmierci z powodu raka płuc. Tym gorzej dla irlandzkiego aktora, że podobno namiętnie pali on papierosy. Gwiazdor cierpi także na popularny wśród celebrytów lęk przed lataniem (awiofobię), który musi być mocno uciążliwy dla ludzi, którzy żyją pomiędzy jednym kontynentem na drugim. Problemy z wejściem na pokład samolotu mają także Jennifer Aniston, Whoopi Goldberg i Aretha Franklin. Również prezydent USA, Ronald Reagan bał się latać, mimo tego, że toczył ze Związkiem Radzieckim Gwiezdne Wojny.

Aktorka Sarah Michelle Gellar, lepiej znana jako „Buffy – postrach wampirów” cierpi na lęk przed cmentarzami. Taka fobia wygląda dość zwyczajnie, gdy porównać ją z obawami Johnnyego Deppa. Aktor przyznał w jednym z wywiadów, że szczególnie unika spotkań z klaunami: „Pod ich makijażem i sztucznym uśmiechem, kryje się coś strasznego, cień prawdziwego zła”. Jego partnerka z planu „Jeźdźca bez głowy”, Christina Ricci boi się z kolei roślin doniczkowych. Cierpiąca na botanofobię aktorka uważa je za odrażające i brudne.

Ludzie dotknięci fobiami niestety zwykle się z tym kryją, przypadłość jest bowiem dla nich bardzo krępująca, a powinni udać się do specjalisty, bo fobie są całkowicie uleczalne. Zwykle stosuje się metodę „odwrażliwiania” (desensytyzacji) – chorych stopniowo oswaja się z przedmiotem lęku. Nie zawsze jednak metoda ta jest skuteczna.

Maryla ma 54 lata, na felinofobię (lęk przed kotami) cierpi od lat młodzieńczych, a z wiekiem jej fobia tylko się pogłębia. Nie pamięta żadnej sytuacji, która mogłaby być wyzwalaczem tego strachu. Gdyby źródłem były przeżycia z czasów dzieciństwa, powinna być dziś raczej nyktofobem, bo jako dziecko była często zostawiana sama w domu. Ratunkiem przed lękiem było zapalone światło i grające radio. Maryla z ciemnością nie ma jednak problemu i ciężko zracjonalizować jej strach przed powszechnie lubianymi zwierzętami.

Twierdzi, że fobie nie mijają i można, a czasami nawet trzeba z nimi żyć. Jako podlotek ratowała się ucieczką, dziś stara się stłumić atak paniki. Wprawdzie poddała się terapii, ale lęk okazał się nie do pokonania. Być może dlatego, że zbyt szybko wydawało jej się, że przyzwyczaiła się do obecności kotów. Jest kosmetyczką, zdarza się jej pracować w domu klientek i jedna feralna wizyta zaprzepaściła całą terapię – Miałam klientkę, która miała dwa małe kotki. Mąż zamykał je zawsze na czas mojej wizyty w innym pokoju i jakoś to szło. Pewnego dnia przyszłam i już od drzwi zaanonsowałam, że koty mogą zostać na wolności, bo ja jestem wyleczona. Bez większego przekonania, upewniając się czy na pewno, po moim potwierdzeniu właściciel zostawił koty w spokoju. Nagle jeden z tych drani skoczył mi na piersi! Tego się nie spodziewałam, dostałam ataku! Oddech mi odebrało, serce waliło. Nici z terapii. Od tamtej pory znów każdy kot to tygrys. Z tą tylko różnicą, że jak dawniej na widok kota uciekałam z prędkością światła, tak teraz, ze względu na słuszny wiek, stoję jak słup soli i umieram ze strachu.

Terapię warto jednak podjąć, każdy przypadek wymaga bowiem indywidualnego podejścia i nie można zasłaniać się porażką innych. Sylwia Woronowicz zachęca do podjęcia próby – Możliwość leczenia fobii oferują obecnie praktycznie wszystkie kierunki psychoterapeutyczne. W praktyce okazuje się jednak, że najważniejszym elementem „leczącym” jest osoba terapeuty i relacja jaką potrafi stworzyć z pacjentem. Metody i techniki są jedynie narzędziami – to nie akcesoria malarskie, choćby najlepszej jakości, czynią z malarza artystę i gwarantują stworzenie arcydzieła. Dlatego ta sama metoda może jednych pacjentów zachwycić, a innych rozczarować. Szukając pomocy warto wybierać sprawdzonych psychoterapeutów, wyspecjalizowanych w konkretnych nurtach psychoterapeutycznych (np. NLPt, terapii behawioralno-poznawczej, posługujących się w swojej praktyce hipnoterapią, transem), a w przypadkach dotyczących fobii społecznej sięgać po psychoterapię grupową. Ważnym czynnikiem mającym wpływ na powodzenie terapii jest także motywacja pacjenta, a co za tym idzie – energia, którą jest skłonny przeznaczyć na proces terapeutyczny. Bez prawdziwie aktywnego udziału pacjenta porażka terapeutyczna jest pewna. Z fobiami, tak jak z innymi przypadłościami można normalnie żyć. Pomocy należy zacząć szukać w momencie, kiedy dolegliwości zaczną w ewidentny sposób utrudniać czy wręcz uniemożliwiać codzienne funkcjonowanie.

Maryla się przyzwyczaiła – Nauczyłam się z tym żyć. Powoli oswajam się z obecnością kotów na świecie. Mogłabym wydać setki albo i tysiące na terapie, ale wiem, że terapeuta nie może zrobić pewnych rzeczy za mnie. Żyję więc z tą kocią fobią i jest nam OK.

Boję się społeczeństwa.
O ile fobie specyficzne, przy odrobinie wysiłku, nie muszą być bardzo uciążliwe, wystarczy tylko nauczyć się omijać źródło strachu , tak fobia społeczna jest już schorzeniem wyjątkowo bolesnym. Zaburzenie to, zwane także socjofobią lub nerwicą społeczną, faktycznie uniemożliwia normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Chory nie potrafi odnaleźć się w sytuacjach, kiedy konieczna jest interakcja z drugą osobą – lęk sprawia, że nie jest w stanie publicznie się wypowiadać, przeprowadzić rozmowę telefoniczną, załatwić sprawę w urzędzie, a nawet zjeść posiłku w otoczeniu obcych mu osób. Objawy mogą być całkiem niewinne – czerwienienie się, pocenie, drżenie mięśni, jak i poważne – kłopoty z oddychaniem i tętnem, zaburzenia mowy. Co więcej, fobik może wręcz odczuwać chęć kontaktów społecznych, ale nie pozwala mu na to lęk. Fobii społecznej nie należy więc mylić z chorobliwą nieśmiałością.

Osoby nią dotknięte potrafią całkowicie izolować się od społeczeństwa. Boją się wykonać telefon, opuszczają dom tylko wtedy, kiedy muszą, a i tak przepłacają to ogromnym stresem. Do sklepu chodzą w nocy, lub wcześnie rano, by unikać tłumów. Jeśli w ogóle mają znajomych, to jest to bardzo wąski krąg, a i tak często nie potrafią zostać na noc we własnym domu nawet z kimś bliskim, trudności może im sprawiać także jedzenie w obecności innych. Unikają nie tylko kontaktu słownego, ale i wzrokowego, są tacy, którzy wybierają mało zatłoczone trasy, bo nie są w stanie mijać innych ludzi na ulicy. Kluczem do zrozumienia fobika społecznego jest problem samooceny. To, że chorobliwie unikają ludzi spowodowane jest ogromnym lękiem przed odpowiedzią na pytanie „co oni sobie o mnie pomyślą”. Takie osoby nie potrafią bronić swojego zdania, są wycofane i zamknięte w sobie.
Fobię społeczną niektórzy naukowcy zaliczają do chorób cywilizacyjnych. Może faktycznie nie wszyscy potrafimy poradzić sobie ciągłą obserwacją – czy to w pracy, czy poza nią, każdy wydaje się wiedzieć o drugim wszystko. Anonimowość stała się fikcją. Choć również w przypadku tej fobii psycholodzy twierdzą, że, podobnie jak fobie specyficzne, może być wynikiem urazu z dzieciństwa (np. odrzucenia przez grupę lub problemów z rodzicami).

Do określania nasilenia fobii społecznej może służyć skala lęku społecznego, opracowana przez amerykańskiego specjalistę Michaela Liebowitza. Szacunkowo określa ona poziom lęku odczuwanego przez fobika w określonych sytuacjach społecznych oraz stopień unikania ich.

Fobię społeczną można i trzeba leczyć, bo nieleczona, często prowadzi ku innemu, poważnemu schorzeniu – depresji. Przypadek 22-letniego Marcina dowodzi, że zamiast zamykać się w sobie i pogłębiać lęk, warto udać się do specjalisty. Marcin latami krył się ze swoją przypadłością, bo mylnie zakładał, że być może jest tylko wyjątkowo nieśmiały, ale im dłużej opierał się przed dostrzeżeniem prawdziwej przyczyny i czekał na cudowną poprawę, tym było gorzej. Gdy w końcu przyznał się sam przed sobą, że jego przypadłość to fobia społeczna, uznał, że czas zwrócić się o pomoc do lekarza. Śmieje się, że decyzja była tyle nagła, co mało prawdopodobna do podtrzymania – udanie się do specjalisty i tym samym walka z problemem, było jednym z postanowień noworocznych. A jednak udało się. Leki bierze do dziś i nie żałuje, że wyszedł z chorobą na zewnątrz, przemiana jest bowiem ogromna – Kiedyś było tak: włosy urosły, więc zapada decyzja aby wybrać się do fryzjera na następny dzień rano. Stres wieczorem, długo nie mogłem zasnąć, ustawiam budzik na siódmą, aby być pierwszym i mieć już to z głowy. Budzę się o szóstej i już nie mogę zasnąć, czuję świdrowanie w brzuchu. Idę, siadam, stres się włącza, próbuję się „wyluzować”, ale na próżno. Fryzjerka w sumie zaufana, zaczyna się rozmowa, ja burak, głowa w dół, nie patrzę w lustro. Tak przebiegała cała wizyta. Po wyjściu czuję ogromną ulgę. Teraz (po miesiącu terapii) jest tak: rano budzę się i myślę, że czas obciąć włosy. Idę, siadam, zero stresu, zaczyna się rozmowa, czuję wewnętrzny spokój, zaczynam nawet rzucać komplementami, patrzę normalnie w lustro, potem fryzjerce w oczy. Śmiejemy się, rozmawiamy, ona robi swoje… Czuję się jak inna osoba, zaczynam siebie nie poznawać.