„KIEDY CHUDNIE GŁOWA.”

fot. Sylwia Woronowicz

 Magazyn SHAPE nr 5/2013

„Kiedy chudnie głowa”

– PODOBNO, KIEDY SCHUDNIESZ , ŻYCIE „SAMO” STAJE SIĘ LEPSZE. ZRZUCANIU ZBĘDNYCH KILOGRAMÓW TOWARZYSZA JEDNAK ZMIANY W PSYCHICE, DO KTÓRYCH MUSISZ SIĘ PRZYGOTOWAĆ I ZASTANOWIĆ SIĘ, CZY NA PEWNO ICH CHCESZ – mówi psycholożka i psychoterapeutka Sylwia Woronowicz

rozmawia Karolina Wasielewska:

To jeden z najpopularniejszych mitów: jeśli schudnę, będę innym, lepszym człowiekiem. Tak rzeczywiście jest?
SYLWIA WORONOWICZ: – To zależy, czy osoba zgubiła te kilogramy na stałe, czy za jakiś czas wróci do wagi wyjściowej. Bo kiedy pojawia się efekt jo-jo, to jest czytelny sygnał, że nic się nie zmieniło: nadal ma te same problemy, które powodują utratę samokontroli, a w konsekwencji – tycie.

Przyjmijmy ten bardziej optymistyczny wariant: schudłam „raz a dobrze”. Nie pojawia się efekt jo-jo i wydaje się, że wszystko układa się znakomicie. Teraz będzie już tylko pięknie?
– Szczuplejsza sylwetka pociąga za sobą zyski, ale i koszty, których odchudzający czasami nie są świadomi. Nie mówię o zmianach „na gorsze”, tylko o nowej sytuacji, do której ciało i umysł muszą się przystosować. Kiedy zaczynamy jeść inaczej, niż dotąd i więcej się ruszać, mogą pojawić się problemy z trawieniem. Przy bardzo intensywnym chudnięc można mieć także poczucie wewnętrznego zimna, na które nie pomogą najcieplejsze ubrania. Często widać to u osób z anoreksją: na dworze upał, a człowiek idzie opatulony jak w czasie mrozów. Oczywiście, do wszystkich tych zmian możemy się przystosować, ale to wymaga czasu.

Podobno pojawia się też problem zajmowanej przestrzeni…
– Tak, to jest bardzo ciekawa kwestia, ale niezwykle rzadko poruszana, może dlatego że jest dość trudno uchwytna. Otóż osoby z nadwagą mają kłopot, bo zajmują dużo miejsca. Wiele z nich wstydzi się swojej tuszy i najchętniej by zniknęły, ale ich ciało zwraca na nie uwagę! Dlatego przyzwyczajają się do bycia na widoku, do zajmowania większej przestrzeni, niż ta przewidziana różnymi normami, np. rozmiarem miejsc w autobusach czy samolotach. Potem nagle taka osoba chudnie i odkrywa, że ludzie już się przed nią nie rozstępują; musi walczyć o tę przestrzeń, która wcześniej była jej po prostu dana.

Inaczej patrzymy też na swoją atrakcyjność seksualną. Kobieta puszysta, jak się powszechnie uważa, może być co najwyżej sympatyczna. Odmawia jej się prawa do seksapilu.
– Tusza bywa dla nas samych wymówką, żeby nie dbać o wygląd. Jeśli „atrakcyjna” znaczy dla kobiety „szczupła”, a sama jest ona nieco okrąglejsza to dochodzi do wniosku, że nie musi się starać bo jej już i tak nic nie pomoże. Dlatego nie przywiązuje wagi do ubrań, makijażu. Potem chudnie i wchodzi ze swoją sylwetką do mainstreamu. Teraz jestem „normalną” kobietą, nie mam już żadnych wymówek: chodzi do zwykłych sklepów, a nie tych z ciuchami dla puszystych. Odkrywa, że ubrania mają swoje rozmiary, kroje i fasony. Taka perspektywa wydaje się przyjemna, ale to też może być zmiana, która nie przyjdzie nam tak łatwo!

Bo zmieniająca sylwetkę kobieta  mogła polubić tę swoją wymówkę? „Jestem gruba, mam problem, zajmujcie się mną?”
– To bardziej złożone. Po pierwsze nie żyjemy w odosobnieniu, jesteśmy częścią pewnego systemu: społeczeństwa, rodziny, grup znajomych. A system bardzo nie lubi zmian. Dlatego sprzyja temu aby osoba otyła taką pozostawała. W przeciwnym wypadku jej wyjście z roli wymusi konieczność dostosowania się wszystkich innych otaczających ją ludzi do tej nowej sytuacji. Weźmy klasyczny przykład: związek puszystej kobiety z przeciętnie zbudowanym mężczyzną. Być może on z nią jest, bo mu się spodobała. Ale równie dobrze może być tak, że łatwiej mu było związać się z kobietą, która nie jest powszechnie uważana za atrakcyjną. Mężczyzna sądzi, że mniej się musi starać o utrzymanie tego związku, bo do jego partnerki nie ustawia się kolejka wielbicieli. Co się dzieje kiedy ona chudnie o dwa rozmiary? Staje się bardziej pewna siebie i przyciąga spojrzenia mężczyzn. Na poziomie świadomym jej partner się cieszy, ale na podświadomym może być pełen obaw: co się teraz stanie? Może podział ról w jego  związku się zmieni? Może będzie musiał poświęcać partnerce więcej uwagi albo sam popracować nad swoim wyglądem? Po drugie: niektórzy sami nie chcą konfrontować się z tymi zmianami, albo uważają, że schudnięcie nie przyniesie im znowu aż takich korzyści. Mówią: „Chcę schudnąć”, bo tego oczekują od nich inni. Ale nie chudną, bo sami w rzeczywistości w głębi duszy tego nie chcą.

 Jak to? W dzisiejszych czasach można nie chcieć schudnąć? Tyle się mówi, że szczuplejsi mają łatwiejsze życie.

– Mają! Ale może nie mają aż o tyle łatwiej, żeby z naszej perspektywy gra była warta świeczki.

I są uważani za atrakcyjniejszych…
– To zależy od indywidualnych upodobań. Takie „prawdy”, że ktoś ma łatwiej albo jest atrakcyjniejszy od innych, pokazują pewną średnią. Np. słyszymy, że człowiek wtedy jest szczęśliwy, kiedy ma dużo pieniędzy. W efekcie coraz więcej pracujemy, coraz więcej zarabiamy, tylko szczęścia nam niekoniecznie przybywa. Tak samo jest z chudnięciem. Dużo sobie po nim obiecujemy, ale jeśli kierujemy się tylko tym, że wszyscy nasi znajomi już schudli, albo że coś trzeba, wypada, to raczej nam się nie uda. Motywację musimy znaleźć w sobie samych.

 Może prawdziwa jest teoria, że powinniśmy chudnąć w jakimś celu, nie dla samego chudnięcia? Moja znajoma powiedziała: „Chcę schudnąć, żeby być lepszą mamą. Nie nadążam za moim synkiem na placu zabaw”.
– Dobra motywacja zahacza o coś, co w procesie odchudzania może  wydawać się nieistotne: o świat naszych wartości oraz poziom tożsamości. I jest to kluczowe w całym procesie zmian! Żeby osiągnąć zamierzony i trwały efekt warto dobrze sforumułować cel – tak, żeby odnosił się do naszego poczucia, kim jesteśmy w świecie, co jest dla nas ważne. Jeśli pani koleżanka czuje się przede wszystkim matką, to jej motywacja jest wystarczająca. Bo gdyby miała schudnąć tak po prostu, może by odpuściła. Ale ma to zrobić dla swojego dziecka – bo to właśnie oznacza dla niej spełnienie się w roli matki! Szukając motywacji, warto zwrócić się do specjalisty. Psychoterapeuta pomoże nam odwołać się do tych zasobów, które będą dla nas wystarczającym jej źródłem.

 Nawet najlepiej zmotywowana osoba może mieć chwile słabości, np. kawałek tortu po iluś miesiącach diety. Jak należy podchodzić do takiej „wpadki”? Ukarać się za nią?
– W pracy z pacjentami obserwuję trzy rodzaje postaw. Pierwsza grupa potrzebuje zmiany – nazwijmy to – zerojedynkowej: dieta od zaraz i żadnej taryfy ulgowej. Druga woli zmieniać swoje nawyki stopniowo: każdego dnia będą się przybliżali do docelowej diety. W trzeciej grupie są osoby, które co pewien czas potrzebują nagrody. Pięć dni w tygodniu się ograniczają, a w weekend planowo jedzą kawałek ciasta na deser po obiedzie. Kluczowe jest tu słowo „planowo”. Nagroda to jednak co innego, niż chaotyczne, komplusywne „pożeranie”. Są pacjenci, którzy nawet najmniejsze odstępstwo od diety traktują jak porażkę, coś, co niweczy całe odchudzanie. Na szczęście, w proces dokonywania zmian można włączyć wszystkie nasze słabe i mocne strony.

 Jakie swoje słabości możemy wykorzystać?
– Wszystkie! Każda może zarówno sprzyjać zmianie lub ją ograniczać w zależności od kierunku jaki jej nadamy. . Np. wspomniana już wcześniej kompulsja. Radząc sobie z „zajadaniem trudności” możemy przekierować ten nadmiar energii, choćby na sport. Nie zwalczymy może samego problemu kompulsji, ale wykorzystamy ją tak, żeby nie szkodziła naszemu zdrowiu a wręcz wspomagała proces zmian.

Podsumowując: jeśli chcę schudnąć skutecznie, powinnam rozwiązać problemy, które mogą powodować, że mam te kilka zbędnych kilogramów.
– Tak, bo nadwaga jest wyrazem dostosowania organizmu do czegoś. Sposób, w jaki sami przyczyniamy się do naszej nadwagi, może być dla nas ważny, bo coś nam „załatwia”. Miałam pacjentkę, która przez kilka lat po śmierci bliskiej osoby przytyła 40 kg. Wcześniej jej waga i budowa ciała były w normie. Ta kobieta „zajadała” żałobę, której nie przeżyła do końca. Tak się często dzieje, bo jedzenie daje chwilowe pocieszenie – szybką przyjemność i spadek poziomu stresu. Jednak problem, który prowadzi do obżarstwa, nadal nie jest rozwiązany. Wkrótce poziom stresu znów urośnie, a my pomaszerujemy do lodówki.  W dodatku bywa tak, że my już ten problem na terapii przepracujemy, a nadwaga pozostanie! Na tym etapie to kwestia zmiany nawyków będzie wyzwaniem bo zdążyliśmy się już przyzwyczaić do „noszenia” większego i cięższego ciała, jedzenia większych porcji itd.

Idealny kandydat na odchudzonego powinien mieć poukładane życie i po prostu chcieć schudnąć?
– Takie przypadki są rzadkie, ale się zdarzają. Osoba, która jest ogólnie zadowolona z życia, ma ogromne zasoby, których nie musi przeznaczać na rozwiązywanie problemów. Może w 100% zainwestować je w proces odchudzania, zająć się zmianą nawyków, reorganizacją życia. Człowiek, który walczy o każdy dzień, często nie ma już po prostu siły się odchudzać…Możemy sobie pomóc, patrząc realistycznie na nasze życie. Bo często jest tak, że ileś razy nie uda mi się schudnąć  i myślę o sobie: „jestem do niczego”. W psychoterapii nazywamy to przekonaniami ograniczającymi. Mają ogromny wpływ na nasze postrzeganie siebie i nasze życie, choć nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Psychoterapeuta pomoże nam skonfrontować się z faktami z naszego życia potwierdzającymi, że mamy sukcesy i jesteśmy wiele warci. Sami możemy wypisać na kartce  rzeczy, których się wstydzimy i z których jesteśmy dumni. Zobaczymy wtedy, że naszej tezy: „Jestem beznadziejna” obronić się nie da. To ważny krok na drodze do tego, by jeść, aby żyć, zamiast żyć, aby jeść.

KONIEC