DYSTYMIA – „TAKIE NIEŻYCIE”

fot. Sylwia Woronowicz

Magazyn Sens nr 3/30 marzec 2011

DYSTYMIA :  „Takie nieżycie „

Tragedia osób z dystymią polega na tym, że często nawet nie widzą, że są chorzy. Cierpią i żyją w przekonaniu, że „tak po prostu musi być”, że „ten typ tak ma”.

Rozmowa z psycholożką i psychoterapeutką Sylwią Woronowicz.

Autor: Ewa Pągowska

– Pacjent czuje ulgę na wieść o tym, że jest chory. To podobno norma jeśli diagnoza brzmi „dystymia”. Co to za dziwna choroba?

– Zaburzenie nastroju. Niektórzy naukowcy uważają dystymię za rodzaj nerwicy, inni za zaburzenie ze spektrum depresji – jej przewlekłą, łagodniejszą postać.

– Dlaczego miałabym czuć ulgę na wieść o tym, że ją mam?

– To proszę sobie wyobrazić, że żyje pani z dystymią. Wciąż jest pani niezadowolona, zmęczona, brakuje pani motywacji do działania i wiary w siebie. Życie nie cieszy i wydaje się być pozbawione sensu. Ma pani poczucie pustki wewnętrznej. Otoczenie zarzuca pani lenistwo, pesymizm, każe po prostu zabrać się do roboty, zrobić coś ze sobą, wziąć w garść. A pani nie ma siły. I czuje się z tego powodu winna. Ten stan trwa dość długo. Może nawet całe życie. Jeśli w końcu okaże się, że to wszystko to objawy choroby, którą można leczyć a nie pani wina to naprawdę może pani poczuć dużą ulgę. Oczywiście ja mówię pacjentom, że ich sposób funkcjonowania mógł pogłębić dystymię ale to nie jest tak, że cierpią na własną prośbę jak często wmawiają im bliscy.

– Podobno choruje na nią około 3 proc społeczeństwa. To dużo biorąc pod uwagę fakt, że niewiele osób o niej słyszało.

– To prawda. O dystymii prawie się nie mówi. Poza tym to wciąż trochę terra incognita. Choroba nie do końca poznana, trudna do zdiagnozowania. Myślę więc, że ludzi cierpiących z jej powodu może być nawet więcej, tyle że rzadko trafiają do specjalisty. I na tym właśnie polega ich tragedia. Cierpią ale jakoś funkcjonują więc są przekonani, że „po prostu tak mają”. Wypełniają role społeczne, mają jakieś miejsce do mieszkania i pracowania, jakiś związek. Tyle, że wszystko wydaje im się pozorne. Jakby w środku nie było treści. Nie doświadczają tego emocjonalnego rezonansu, który sprawia, że człowiek czuje radość. Wyglądają jakby żyli ale nie do końca to czują. Te emocje których doświadczają też są jakieś blade…

– Wszystkie są równie blade? Myślałam, że dominuje czerń.

– Na pewno negatywne emocje są intenstywniejsze ale nie tak intensywne jak np. w klasycznej depresji. Kiedy przychodzi do mnie pacjent z dystymią to nie rozpacza tylko raczej się skarży. Słowem, tonem głosu, całym ciałem.

– Zaczynam się zastanawiać jak w ogóle dochodzi do tego, że w końcu ten pacjent jednak do pani trafia.

– Najczęściej z dwóch powodów. Albo nastąpiło pogłębienie depresyjne czyli na dystymię nałożyła się pełnoobjawowa depresja, co nie należy do rzadkości, albo pacjent, zwykle osoba w okolicach trzydziestki, właśnie zrobił bilans życiowy i doszedł do wniosku, że „to życie nie ma jednak sensu”.

– A to nie jest powszechne, że bilans życia sporządzany w okolicach trzydziestki rzadko jest zadowalający?

– Powszechne. Ale nie każde niezadowolenie z dotychczasowego życia świadczy o chorobie. Dla życiorysu osób z dystymią charakterystyczne jest to, że one często bardzo się starały, naprawdę chciały coś osiągnąć, ale jakoś nie szło. Tak jakby dodawały gazu w samochodzie ale nie były w stanie wprawić go w ruch. Często okazuje się, że ich historia toczy się dobrze do jakiegoś momentu a potem następuje wyhamowanie. W rezultacie człowiek, który bardzo dobrze się zapowiadał jakoś niewiele osiągnął.

– Oj mam wrażenie, że gdybyśmy zrobiły sondę to prawie całe nasze społeczeństwo odnalazłoby się wśród tych „dobrze zapowiadających się”, którym życie pokrzyżowało plany.

– Nie wiem jak jest z całym społeczeństwem. Ja mogę się wypowiadać na temat moich pacjentów. I taki życiowy zwrot na niekorzyść zawsze zwraca moją uwagę.

– Pytam bo zaczynam się zastanawiać czy ta dystymia to nie jest przypadkiem furtka, wytłumaczenie, coś, na co łatwo można zrzucić winę za wszystkie swoje błędy. Czy w ogóle można jeszcze być po prostu leniwym, lekkomyślnym, małoambitnym… Czy też wszystko da się już jakoś chorobowo wytłumaczyć?

– Oczywiście, że można być po prostu leniwym, lekkomyślnym i małoambitnym. I oczywiście są osoby, które mają ten niekorzystny bilans życia dlatego, że czegoś nie zrobiły, że im się rzeczywiście nie chciało, nie postarały się, zaniechały, popełniły ewidentny błąd ale nie o nich teraz mówię. Żeby zdiagnozować dystymię trzeba stwierdzić przynajmniej dwa objawy, które utrzymują się przynajmniej dwa lata. Oczywiście często jest ich więcej. Nie pojawiają się wszystkie na raz ale w miarę upływu czasu dołączają się kolejne. Oprócz tych, o których już mówiłam charakterystyczne są np. zaburzenia snu – klasyczny objaw wszystkich zaburzeń depresyjnych. Albo ten sen jest bardzo długi a mimo to nieefektywny albo zbyt krótki. Z tym często związane jest popijanie. Alkohol ma pomóc zasnąć. Pacjenci mówią: to tylko jeden kieliszek wina albo piwo wieczorem. Jeśli jednak, jak się często okazuje ten alkohol pojawia się prawie codziennie to już jest bardzo dużo. To taka maska alkoholowa, która przykrywa toczący się pod spodem proces depresyjny. Do tego dochodzą zaburzenia łaknienia. Osoby z dystymią jedzą albo zbyt mało albo zbyt dużo a i tak wciąż są głodne.

– Jeśli objawy utrzymują się bardzo długo to jak ci pacjenci mają zauważyć zmianę? Ja np. nie pamiętam ile jadłam trzy lata temu.

– No właśnie. Samemu rzeczywiście trudno do prześledzić. Potrzebne jest odzwierciedlenie. Czasem znajomy zwraca uwagę: „zupełnie cię nie poznaję. Trzy lata temu byłeś zupełnie innym człowiekiem”. Czasem dopiero psychoterapueta pomaga spojrzeć z dystansu. Ja na początku przeprowadzam głęboki wywiad na temat całego życia. Potem robię podsumowanie dla pacjenta tak, że on ma całe życie w pigułce. Wtedy okazuje się, że był jednak w życiu jakiś moment kiedy wszystko zaczęło się zmieniać na niekorzyść. Kiedy czynności, które wcześniej sprawiały radość jak np. czytanie książek czy spotkania ze znajomymi stały się równie atrakcyjne jak obieranie ziemniaków. Świat zaczął jawić się jako pusty i nudny tak, że dziś nie ma większego znaczenia czy się żyje czy nie. Niektórzy pacjenci określają to „takim nieżyciem”.

– To brzmi bardzo poważnie ale przecież jeśli pojawiają się myśli samobójcze to już chyba można mówić o klasycznej depresji.

– Nie mówię o ewidentnych myślach samobójczych. To jest raczej takie odsuwanie się od życia, autodestrukcja np. ktoś je tylko jak mu się przypomni a przypomina mu się rzadko. Trwa w toksycznych związkach, nie dba o wypoczynek. Tu nie tyle chodzi o przepracowywanie się co o nieumiejętność korzystania z tych okazji kiedy ciało i umysł mogą odpocząć.

– Wiele z tych objawów, może też świadczyć o różnych chorobach somatycznych np. zmęczenie i obniżony nastrój są częste przy anemii. Mam znajomą która się na nią leczy. Często żartuje „świat jest piękny po żelazie”.

– Oczywiście dlatego najpierw warto dowiedzieć się co dzieje się z organizmem. Zrobić badania. Jeśli mam cień podejrzenia, że problemy, z którymi przychodzi pacjent mogą być spowodowane np. cukrzycą albo chorą tarczycą, upieram się, żeby najpierw odwiedził lekarza. Dopiero kiedy wróci z pozytywną diagnozą możemy zająć się psychiką.

– Jakie są przyczyny dystymii?

– Prawdopodobnie, bo zdania na ten temat są podzielone, w człowieku istnieje pewna predyspozycja genetyczna czy biologiczna. To znaczy, że dystymia czeka na okazję, by się ujawnić. Dzieje się tak np. na skutek niepomyślnych okoliczności – straty pracy, odejścia bliskiej osoby itp. Często też objawy pojawiają się w okresie wczesnej dorosłości kiedy wchodzimy w nowe role społeczne. To oczywiście naturalne, że kryzys na pewien czas obniża nastrój jednak w dystymii zaczyna się powolny zjazd w dół. Nie ma powrotu do równowagi. To czy choroba się ujawni zależy też od tego jak sobie człowiek wewnątrz układał pewne sprawy, czy ma jakiś rodzaj niezgody ze sobą, wewnętrznego konfliktu.

– Jak się ją leczy?

– Uważam, że najlepsza jest dwutorowa ścieżka – leki antydepresyjne i psychoterapia. Leki stwarzają człowiekowi warunki, by dzięki psychoterapii mógł zrobić krok na przód. Zawszę ostrzegam pacjenta, że jeśli leczenia farmakologicznego nie wesprze zmianami nawyków to wróci do punktu wyjścia. Tylko w nielicznych przypadkach dzieje się tak, że bez świadomej pracy mechanizm zmian sam się uruchomi.

– Czy chodzi o to, że jeśli ktoś weźmie leki i poczuje się lepiej to znajdzie energię do działania np. zacznie szukać lepszej pracy z większą niż dotychczas nadzieją na dobry efekt i co za tym idzie zwiększy swoje szanse na pozytywną odpowiedź? Jeśli ją dostanie to jego samopoczucie i samoocena znów wzrosną co przełoży się na większą aktywność?

– To duże uproszczenie ale mniej więcej o to chodzi. Tylko proszę pamiętać, że to jest wersja bardzo optymistyczna. Pesymistyczna jest taka, że pacjent bierze leki i czeka aż się coś wydarzy. Delektuje się tym nowym lepszym stanem. Trwa i konsumuje. A powinien inwestować.

– Ale na czym dokładnie ma to polegać?

– Najpierw musi się dowiedzieć, zaobserwować jakie jego zachowania pogłebiają dystymię a jakie nie. Z pomocą psychoterapeuty to nie jest takie trudne. Bardzo szybko pacjenci są w stanie odpowiedzieć na moje prowokacyjne pytanie „co by pani zrobiła by gorzej się poczuć?”. Bez zająknięcia recytują całą listę zachowań. To znaczy, że mają już świadomość swoich wyborów. Mogą zacząć zastępować złe wzorce dobrymi. Nie mogą już powiedzieć „obudziłam się rano w fatalnym nastroju i tak już mi zostało do wieczora” bo już wiedzą co zrobić, by ten nastrój sobie poprawić. Natomiast te korzystne zachowania i reakcje trzeba powtórzyć wielokrotnie zanim staną się automatyczne. I to rzeczywiście jest trudne.

– No właśnie: podobno trudniej leczy się dystymię niż depresję.

– Tak, bo osoba z dystymią ma mniejszą motywację do działania. Ona myśli: „tyle przeżyłam i jakoś żyję, może kiepskie to życie, ale jakoś się toczy”. Niby chce coś zmienić ale kiedy napotyka jakieś trudności, często zaraz chce się wycofywać. Mówi: „właściwie to jest ok, może rzadko spotykam się z ludźmi i ta moja praca nie jest taka interesująca…”

– Ale jest.

– Właśnie, więc zostawmy problem, przyklepmy go. Bo zmiany są trudne, kosztują energię.

– A jakie są szanse na szczęśliwe zakończenie?

– Dosyć duże. Pod warunkiem, że z dystymią nie współistnieją inne zaburzenia. Wielokrotnie byłam  świadkiem jak pacjenci po terapii zmieniali się nie do poznania. To było widać na pierwszy rzut oka. Inna była nawet ich postawa, mowa ciała, język jakiego używali. Opowiadali co zrobili, nazywali swoje uczucia, używali takich zwrotów jak „postanowiłam” co wcześniej było nie do pomyślenia, bo w dystymii podejmowanie decyzji jest bardzo trudne. Sami też byli w stanie dostrzec zmianę. Czasem dopiero wtedy przypominali sobie, że kiedyś już był w ich życiu taki czas kiedy czuli się dobrze.

KONIEC